środa, 18 stycznia 2012
Czas akcji: 15 stycznia 2012, godz. 22:02.
Miejsce akcji: Mediolan, San Siro.
Bohaterowie: Javier Zanetti, Ignazio Abate, Diego Milito, Christian Abbiati.
Problem: Zaczątek do refleksji nad stanem piłki mediolańskiej.
54. minuta niedzielnych derby della Madonnina stanowi esencję nie tylko owego meczu, ale również (przede wszystkim?) aktualnej kondycji mediolańskich krezusów. Niby akcja jakich wiele. Centra, kiks, przyjęcie, podprowadzenie, strzał, gol. Naoglądaliśmy się takich sytuacji do znudzenia. Jednak w tej konkretnej uderzyło mnie jedno - tempo. Zanetti ostatkiem sił oddaje piłkę do środka. Adresatem jest ku zaskoczeniu wszystkich Abate, który ku jeszcze większemu zaskoczeniu wszystkich prezentuje futbolówkę Milito. Ten ślamazarnie zabiera się z nią w pole karne, by po chwili oddać strzał, który o dziwo ląduje w bramce nieporadnie interweniującego Abbiati'ego. Strzał dobry, bo efektywny, ale jeden z tych, po którym piłka "toczy się i płacze". Jedni rozentuzjazmowani, drudzy skonsternowani. Oczywista oczywistość. Jednak całe zajście jest symboliczne. Inter - toporny, wolny, acz kąśliwy. Milan - nonszalancki, niezapobiegliwy, acz chwiejny tylko momentami. Czy to miarodajna charakterystyka, czy jedynie uproszczenie? Na pewno impuls, by przyjrzeć się mediolańskim bolączkom z bliska.
Podejmować temat gry obydwu stron nie jest zadaniem łatwym. Nudna, schematyczna i pragmatyczna właściwie przez pełne 90 minut. Kibic, dosłownie i w przenośni, niedzielny nie został poczęstowany niczym smacznym. Niczym, co mogłoby go skusić do stołu na kolejny wspólny posiłek z Serie A. Naturalnie nie to jest ideą derbów miasta, by zwabić do siebie kolejnych gapiów, lecz to, by rywale pokazali charakter i wytargali sobie nawet z gardeł 3 punkty. Czy ktoś z zewnątrz zechce to oglądać, to już zupełnie inna sprawa. Tyle tylko, że po niedzielnej konfrontacji niewielu jest śmiałków, którzy o włoskiej piłce odważą się wypowiedzieć chociaż kilka ciepłych słów. Nie będzie zasadnym wrzucać wszystkich do jednego worka po wyczynach ledwie dwu drużyn i to w dodatku tylko w ten konkretny wieczór, lecz taka jest cena za prestiż, jakim cieszą się mecze derbowe. Pojedynek na szczycie zawsze jest świadectwem całych rozgrywek. Przynajmniej dla tych, którzy na daną ligę spoglądają okazjonalnie. A przecież bieżący sezon wcale nie należy do najgorszych dla przedstawicieli Serie A na arenie międzynarodowej. Mediolańska dwójka oraz SSC Napoli szykują się do walki o ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a Lazio Rzym i Udinese Calcio ostrzą sobie apetyty na zawojowanie wiosną Ligi Europy. Zatem aż piątka ostała się na placu boju, z czego trójka w najważniejszych rozgrywkach, co jest wynikiem wręcz świetnym w kontekście włoskich poczynań w ostatnich latach. Dość powiedzieć, że Włochy mają najwięcej przedstawicieli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów bieżącego sezonu ze wszystkich nacji. Jednak fama po derbach Mediolanu idzie w świat. Czy to w Anglii, czy w Hiszpanii, czy w Niemczech kibice poczęli gardłować, jaka głęboka jest zapaść calcio. Nie po raz pierwszy zresztą. Mają takie prawo. Co więcej, mają w tym sporo racji. Niestety.
O tym, że poważny kryzys toczy włoską piłkę, wiadomo nie od dziś. Problem ten rozciąga się przez przeróżne płaszczyzny; od czysto estetycznych po ekonomiczne. Zmienia się tylko rozmiar, jaki w danym czasie przybiera. Kiedy Włosi dali się wypchnąć Niemcom z podium najlepszych lig na kontynencie, podnoszono larum. Kiedy Napoli wyeliminowało Manchester City z Ligi Mistrzów, upatrywano zmian na lepsze. Casus calcio jest o tyle niepokojący, że towarzyszy mu atmosfera wszechogarniającej niepewności. O ile jeszcze wczoraj Milan (w Lidze Mistrzów) i Inter (w Serie A) to były synonimy stabilności i solidności, o tyle dzisiaj nie gwarantują już tak wysokiego poziomu. Coraz częściej na mediolański duet spogląda się nieco protekcjonalnie. Niby przeciwnicy silni, ale jednak w losowaniach pożądani. Niby krezusi, ale stylizowani na kolosów na glinianych nogach. Stać ich jedynie na jednorazowe przebłyski. Nawet triumf Interu w sezonie 2009/10 nie zapobiegł niemieckiej egzekucji, a jedynie odłożył ją w czasie. Teraz coraz śmielej o wypchnięciu Serie A z czołówki rankingu UEFA mówią Francuzi. Sięgając pamięcią do przełomu wieków, można odnieść wrażenie, jakoby cały piłkarski fundament zawalił się Włochom pod nogami. Oczywiście będzie to nadużyciem; zwłaszcza zważywszy, że kryzys calcio nawarstwia się mniej więcej od 2007 r. Za umowną datę można przyjąć zwycięstwo Milanu w finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem, które było ostatnim oddechem tamtej fantastycznej, a zarazem bardzo wiekowej drużyny. Można odnieść wrażenie, że kumulacja dwóch tak zacnych wiktorii w tak krótkim czasie (2006 rok to przecież mistrzostwo świata dla Squadra Azzurra), niepostrzeżenie uśpiła całe włoskie środowisko piłkarskie. Coraz częściej Serie A opuszczały znane nazwiska, a w ich miejsce pojawiali się już nie tak samo zdolni i utalentowani zawodnicy. Coraz częściej zapominano, że kiedyś musi nastąpić zmęczenie materiału i naiwnie liczono, że co poniektórzy zawodnicy grać będą na swoim poziomie jeszcze długie lata. Swoje 3 grosze dołożyła również afera Calciopoli, która podważyła wiarygodność klubowych elit i kliki sędziowsko-organizacyjnej. Summa summarum Serie A stała się mniej atrakcyjna. Jednak cały ten proces, ukazujący dynamizm zmian zachodzących we współczesnym futbolu, jest zarazem, a przynajmniej powinien być, bodźcem do intensywnej pracy nad odbudową upadłego imperium. A jeżeli nie imperium, na co monopol ma dziś Premier League, to chociaż newralgicznego królestwa na piłkarskiej mapie Europy. Atutów Włosi mają całe mnóstwo. Wystarczy je odpowiednio wykorzystać. Jak tego robić nie należy, zademonstrowali w niedzielę.
W Milanie po przegranych derbach wciąż oddychają spokojnie. Czyżby kolejny przejaw charakterystycznego dla włoskich realiów uśpienia czujności? Faktycznie w ligowej tabeli Milan wciąż prezentuje się nieźle, bo co prawda zsunął się z fotela lidera, lecz nie stracił z Juventusem Turyn bezpośredniego kontaktu. Porównując sytuację z analogicznym okresem z zeszłego, mistrzowskiego przecież, sezonu, również nie wygląda to źle. Milan miał wtedy po 18. kolejkach 39 punktów, a więc o dwa więcej niż ma teraz. Z tą jednak różnicą, że przewodził ligowej stawce, a od drugiego Lazio Rzym odgradzało go aż 5 oczek. Konfrontując te dwie rundy w wykonaniu podopiecznych Massimiliano Allegri’ego, trudno oprzeć się zarazem wrażeniu, że były diametralnie różne. Podstawą do takiej dygresji jest przede wszystkim postawa „Czerwono-czarnych” w meczach z najsilniejszymi rywalami. Jesienią 2010 r. Milan pozostawił w pokonanym polu zarówno Inter Mediolan, jak i SSC Napoli. Owszem, uległ Juventusowi Turyn, aczkolwiek miało to miejsce po przyzwoitym występie zespołu, co zawsze w pewnym stopniu go usprawiedliwia. Natomiast miniona runda to pod tym względem pasmo klęsk i rozczarowań. Nie dość, że Milan nie odniósł choćby jednego zwycięstwa w konfrontacjach z realnymi kandydatami do scudetto (Juventus Turyn, Udinese Calcio, Lazio Rzym, Inter Mediolan, SSC Napoli), to w dodatku w starciu z najgroźniejszym (Juventus) ledwo dychał, a niski wymiar kary może zawdzięczać tylko i wyłącznie wyjątkowej nieskuteczności rywala. Również w Neapolu wypadł bardzo blado, gdzie o hat-tricka pokusił się wówczas Edinson Cavani. Tendencja ta jest dla mistrzów Włoch co najmniej wstydliwa. Oczywiście można wygrać ligę, nie pokonując po drodze nikogo z bezpośrednich oponentów do tytułu, lecz jaki smak będzie miało owe zwycięstwo. Nie będzie to na pewno zwycięstwo pełne; zwycięstwo, które oddawałoby rzeczywisty stan rzeczy. Będzie to co prawda przekucie mozolnej pracy na wymierny efekt, ale w sposób nieprzekonywujący i pozostawiający wiele znaków zapytania. Poza tym trudno doszukać się takiego paradoksu w jakiejkolwiek lidze i to niezależnie od ewentualnej daty takiego wydarzenia. Wydarzenia przez duże (małe?) W. Czy kiedykolwiek jakaś drużyna sięgnęła po tytuł i nie wygrała ani jednego meczu z żadną z pięciu kolejnych w tabeli ekip? Brzmi wręcz nieprawdopodobnie. Teoretycznie jest to możliwe, czego dowodem jest właśnie runda jesienna aktualnego sezonu Serie A. Jeżeli w zaległej 1. Kolejce Milan pokonałby Novarę Calcio, a Juventus nie zgarnął kompletu punktów z Atalantą Bergamo, a realia rundy jesiennej znalazłyby odbicie w realiach rundy wiosennej, mielibyśmy wydarzenie bodaj bezprecedensowe. Jednak wszystko to obnaża raczej słabość i nieudolność Milanu, niźli dowodzi kabalistycznych właściwości zespołu. Po prostu Massimiliano Allegri nie przygotował swoich zawodników do rywalizacji przy podwyższonym poziomie adrenaliny. A przecież już za rogiem czeka Arsenal Londyn.
W Interze po wygranych derbach są rozradowani. Nie milkną peany pod adresem Claudio Ranieri’ego, który rzekomo poustawiał wreszcie zespół we właściwy sposób i odrestaurował jego struktury. Argumentów czysto sportowych nie brakuje. Inter pod jego wodzą przez cały listopad, grudzień i styczeń poniósł w Serie A tylko jedną porażkę, wygrywając pozostałe 7 spotkań. Seria ta pozwoliła usadowić się w czołowej piątce i nieoczekiwanie włączyć do walki o mistrzostwo. Zasługi Włocha są więc niebagatelne. Jednak w tym kontekście jest to trener pechowy, czego nie omieszkał wytknąć mu, podczas pobytu we Włoszech, Jose Mourinho. Claudio „Drugi” Ranieri jest natomiast specjalistą od meczów derbowych, w których nie znalazł jeszcze na siebie mocnych w rodzimym kraju. Łatkę specjalisty obronił w niedzielę, czym zaskarbił sobie nie lada sympatię kibiców Interu. Następna okazja dopiero w maju, lecz równie dobrze może jej wcale nie być. W Interze od pożegnania z Jose Mourinho żonglują trenerami okrutnie. Żaden nie wytrzymał dłużej jak pół roku. Ranieri jest na najlepszej drodze, by złamać tę prawidłowość, ale niczego nie można wykluczyć. Biorąc poczynania Interu pod lupę, nie można nie zauważyć, że mamy do czynienia z tworem do końca jeszcze nieukształtowanym. W derbach Mediolanu „Czarno-niebiescy” emanowali często niezgrabnością w ofensywie i brakiem inicjatywy. Na ile uzasadniają to założenia taktyczne, a na ile jest to następstwem stopniowego wypracowywania sobie własnego stylu – ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. Jednak Inter jest na dzień dzisiejszy w podobnych tarapatach co rywal zza miedzy. Najzwyczajniej w świecie brakuje odwagi w grze, kiedy naprzeciwko stoją zawodnicy o podobnych walorach. Za Giuseppe Bergomim: „W derbach wygrał strach”. To zdanie najtrafniej charakteryzuje niedzielny pojedynek, a przecież wypowiedział je człowiek-ikona Interu Mediolan. Podopieczni Claudio Ranieri’ego byli niebywale flegmatyczni i gdyby tego dnia Milan zagrał, jak w derbach sprzed niespełna 10. miesięcy, najprawdopodobniej znowu zakończyłoby się nokautem. Nie zagrał, więc decydowały niuanse, a na tej niwie większą starannością wykazali się gracze Interu. Problem w tym, że ich występ nosił nieliczne znamiona piłkarskiej jakości. Podobnie jak to się ma w przypadku Milanu, Inter ewidentnie nie potrafi przekuć swojego potencjału na rzeczywiste zagrożenie w ważnych meczach. Tę słabość unaocznił zarówno Juventus Turyn, jak i Udinese Calcio, z którymi to mediolańczycy polegli już za kadencji Ranieri’ego. Z Milanem udało się wygrać i może karta zacznie się powoli odwracać, ale na dzień dzisiejszy wygląda to tak, jakby kulawy prześcignął inwalidę w biegu na 1000 metrów dopiero na ostatniej prostej.
Siłą rzeczy najpoważniejszym pretendentem do scudetto jest Juventus Turyn. Tutaj bolączek jest względnie mało, a pozycja najdogodniejsza. Nie oznacza to bynajmniej, że ze „Starą Damą” nie ma nawet po co stawać w szranki. Co więcej, potencjałem obie mediolańskie ekipy wciąż przewyższają odbudowywany Juventus. W świadomości piłkarzy świeże są obrazy niedawnych sukcesów, co powinno rozwiać jakiekolwiek wewnętrzne wątpliwości o to, czy można wygrać ten wyścig. Oby był to wyścig zupełnie inny niż te nieszczęsne derby, po którym nawet najwytrwalsi z Giuseppe Bergomim na czele zaniemogli. Oby był to pasjonujący wyścig na wysokim poziomie, który wyłoni mistrza Włoch z prawdziwego zdarzenia. Mistrza Włoch, który zasłuży sobie na ten tytuł jakością, a nie przypadkiem. Co się zaś tyczy Mediolanu – oby piłkarze Interu i Milanu ruszyli w maju ratować mocno nadszarpniętą reputację „derbów nad derbami” i całego calcio. Są nam to winni.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Co do tego, że bieżący tydzień upłynie pod znakiem zapytania (wykrzyknikiem!) derby della Madoninna, wątpliwości nie mam żadnych. Zastanawia mnie natomiast, czy w międzyczasie nie dojdzie do intensywnych wahań nastrojów w obu obozach. Przyczynkiem miałby być oczywiście potencjalny transfer Carlosa Teveza do jednego z mediolańskich krezusów.
W tej chwili jedno wiemy na pewno. Niemożliwym jest, aby Argentyńczyk w niedzielę o 20:45 wybiegł na San Siro i to niezależnie od tego, które barwy miałby wkrótce przywdziać. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że storyline z jego przeprowadzką bije w Anglii rekordy oglądalności. Również nie dlatego, że załatwienie formalności trwałoby zbyt długo. Odpowiedź jest oczywiście trywialna – Tevez jest w tej chwili niegotowy do gry i byłby tylko osłabieniem dla jednej ze stron. Napastnik Manchesteru City nie powąchał bowiem murawy od września ubiegłego roku, a wszystko to z powodu niesubordynacji, jaką wykazał się względem trenera, Roberto Mancini’ego. Gdyby rzecz miała miejsce w klubie o charakterze prowincjonalnym, zapewne argentyński as wróciłby do łask po ustnej reprymendzie. Wszakże drzemie w nim niesamowity potencjał piłkarski, a także wolicjonalny. O pierwszym niech świadczy tytuł króla strzelców ubiegłego sezonu w Premier League czy blisko 60 występów w reprezentacji Argentyny. Żywym dowodem na obecność drugiego jest zaś estyma, jaką cieszy się w ojczyźnie. Kibice uwielbiają go za nieustępliwość, waleczność i hart ducha. Co więcej, Carlos Tevez miłość tą odwzajemnia w zupełności. Właśnie w meandrach jego psychiki należy upatrywać źródła tarapatów, w jakie popadł w klubie z „Etihad Stadium”. Zaczęło się od niewinnych ukłonów na łamach prasy w stronę najbliższych, do których, jak sam podkreślał, mu tęskno. Z biegiem czasu przekształciły się one w jawną krytykę swojego pracodawcy, który obładowany gwiazdami wcale nie był już od Teveza uzależniony. Punktem kulminacyjnym był występ, a właściwie jego odmowa, w spotkaniu z Bayernem Monachium. Marginalizowany snajper odmówił wejścia na boisko, co naturalnie rozsierdziło jego przełożonego. Mancini zadeklarował, że oczekuje od swojego podopiecznego przeprosin. Tevez nie przeprosił i po dziś dzień nie zagrał. Manchester City bynajmniej na takim obrocie spraw wiele nie stracił; ba, może nawet zyskał. „The Citizens” przewodzą ligowej stawce, a jedyną skazą na ich wizerunku jest 3. miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów.
Pomimo zaistniałej sytuacji, a właściwie głównie za jej sprawą, Carlos Tevez jest jednym z najgorętszych obiektów na transferowym rynku. Najwięcej za zawodnika jest w stanie wyłożyć PSG, gdyż tamtejsi szejkowie zdradzają równie duże skłonności do wydawania pieniędzy, co pionierzy z Manchesteru. Jednak sam zainteresowany kręci nosem na samą myśl, że miałby grać w Ligue 1. Najchętniej wróciłby do ojczyzny, gdzie zostanie przyjęty jak bożyszcze, a ponadto wreszcie będzie blisko rodziny. Jednakże taka ewentualność w ogóle nie wchodzi w grę ze względów finansowych. Stąd też prężne zabiegi delegatur Milanu i Interu, by pochwycić intratny kąsek. „Carlitos” takim rozwiązaniem wydaje się być względnie ukontentowany, toteż walka pomiędzy dwoma mediolańskimi klubami rozgorzała na dobre. A wszystko to w przededniu derbów miasta. Skuteczniejszy jest póki co Adriano Galliani, a więc amministratore delegato „Czerwonoczarnych”, który osiągnął z zawodnikiem wspólny mianownik w kwestiach finansowych i pozostaje mu jedynie porozumieć się z Manchesterem City. Jedynie albo aż. Angielski klub ani myśli przystać na wypożyczenie persona non grata tamtejszego środowiska. Wolą klubu jest, aby pozbyć się Teveza definitywnie już w styczniu, a nie dopiero w czerwcu i to zresztą tylko ewentualnie, jak proponuje Milan. Tutaj pojawia się szansa dla rywala zza miedzy, z którym już w niedzielę Milan skrzyżuje miecze, a więc Interu Mediolan. Massimo Moratti jest podobno gotowy wyłożyć, co prawda również dopiero po zakończeniu sezonu po uprzednim wypożyczeniu gracza, 25 milionów euro. Z tym jednak zastrzeżeniem, że byłby to obowiązek pierwokupu, a nie jedynie przywilej, jak to się ma w przypadku oferty Milanu. Tym samym „The Citizens” pozbyliby się czarnej owcy ze stada de facto już teraz. Analogiczny zabieg został zastosowany przy transferze m.in. Marco Borriello z AC Milan do AS Roma. Taką transakcję można równie dobrze rozumieć jako płatność rozłożoną na raty. Abstrahując od formalności, Anglicy (szejkowie?) zapewne chętniej przystaliby na propozycję „Czarnoniebieskich”, natomiast Tevez – wręcz przeciwnie. Mamy zatem konflikt interesów i trzy prawdopodobne scenariusze jego rozwiązania. Primo, dyplomacja Interu tentuje Argentyńczyka coraz intensywniej, aż w końcu udaje się go przekonać. Secondo, oferta Milanu zostaje dostosowana do oczekiwań kontrahenta. Tertio, żadna ze stron nie przekracza granicy konsensusu i Carlos Tevez wciąż jest skazany na Manchester City, a Manchester City – na Carlosa Teveza. Na pytanie, który z nich jest najbardziej realny, odpowiedź możemy poznać bardzo szybko. Media spekulują, że decyzja strony angielskiej ma zostać podjęta jutro. Mi nasuwa się jednak na myśl inne pytanie. Komu tak naprawdę Tevez jest bardziej potrzebny? Milanowi, który zmuszony jest funkcjonować bez Antonio Cassano do końca sezonu czy Interowi, który musi wykonać skok jakościowy, by włączyć się do walki o scudetto? A może pytanie powinno brzmieć: gdzie Tevez lepiej się odnajdzie? Jednak te rozważania zostawiam na razie głęboko w szufladzie. Wrócę do nich, jak już alternatywne derby Mediolanu zostaną rozstrzygnięte.
piątek, 06 stycznia 2012
Końcówka sezonu 2010/11 Premier League była dla króla strzelców minionych rozgrywek, Dimitara Berbatova, paradoksalnie pasmem niepowodzeń i rozczarowań. Przynajmniej indywidualnych, bo oczywiście Manchester United nie zawiódł i sięgnął po ligowy tytuł, co zapewne sprawiło Bułgarowi radość. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że była to radość połowiczna; zwłaszcza w kontekście wydarzeń bieżących.
We wspomnianym zwycięskim dla Manchesteru United sezonie Dimitar Berbatov był postacią kluczową, choć tylko do pewnego momentu. Kiedy w kończącym styczniowe zmagania na boiskach Anglii spotkaniu z Blackpool, Bułgar poderwał kolegów do walki przy stanie 0-2 i za sprawą jego 18. oraz 19. bramki w lidze udało się odwrócić losy meczu, naturalnym wydawało się, że jest on liderem zespołu. Czy komukolwiek przeszło wtedy przez myśl, że można Berbatova posadzić na ławce rezerwowych? Owszem. Tą osobą był Sir Alex Ferguson, alfa i omega manchesterowskiej rzeczywistości piłkarskiej, z którym nikt nie śmiał nawet podjąć otwartej dyskusji nad zasadnością takiego postępowania. Również wtedy, gdy "Red Devils" przegrali swój pierwszy mecz w ówczesnej kampanii (z Wolverhampton), a niedługo potem dwa kolejne (z Chelsea i Liverpoolem). Jaki był w tym udział zmarginalizowania pozycji najlepszego snajpera? Uważam, że zauważalny. Cóż bowiem z tego, że Berbatov pojawiał się na boisku, skoro najczęściej miało to miejsce ok. 70' spotkania. Gwarantował przez to zupełnie inne standardy. Odczuł to zarówno sam zainteresowany, jak i cała drużyna. Szkocki guru nie przywrócił jednak napastnika do łask. Do kwietnia karmił go jedynie epizodami, by później zrezygnować z jego usług definitywnie. O Berbatovie przeciętny kibic miał okazję przypomnieć sobie dopiero w przedostatniej kolejce, gdy wszedł na ostatnie 10 minut z Blackburn. Nasuwa się zasadnicze pytanie: dlaczego?! Czy w grę wchodziły osobiste porachunki? Praktycznie niemożliwe. Sir Alex Ferguson zna lepsze sposoby na wyrażenie swojego veta względem nieposłusznych podopiecznych, o czym przekonali się chociażby Roy Keane czy Jaap Stam. Czy mogło chodzić o dyspozycję Berbatova? Nie, przecież prezentował się wyśmienicie. Skąd więc ta fergusonowska aberracja? Jedni nazwą to odchyleniem, kaprysem, widzimisię, a drudzy trenerskim nosem, zmysłem, przeczuciem. Pewnym jest natomiast, że Szkot jest jednym z nielicznych menedżerów na świecie mogących sobie bezkarnie pozwolić na takie irracjonalne zachowanie. W końcu to on ustala zasady, a przede wszystkim to on wygrywa. Wszakże po ostatniej kolejce jego było na wierzchu.
Bieżące rozgrywki Manchester United rozpoczął świetnie, więc nikt nie zwrócił uwagi na brak Berbatova. Symboliczne wizyty byłego napastnika Tottenhamu Hotspur na boisku tylko potęgowały atmosferę beznadziei wokół jego osoby. W obwodzie byli Rooney, Hernandez i Welbeck. Tylko między nimi rozgorzała rywalizacja o dwa miejsca w ataku klubu z Old Trafford. Berbatov mógł co najwyżej powspominać dobre, acz nie tak stare znowu czasy, kiedy to on był w centrum zainteresowania. Zapewne urodził się wtenczas w jego głowie pomysł, by zimą poszukać nowego pracodawcy. Chętnych, by go skaptować nie brakowało. Wystarczyłoby tylko znaleźć wspólny mianownik z Sir Alexem Fergusonem i spakować walizki. Niewykluczone, że Bułgar zagaił nawet swego przełożonego w tej sprawie. Jednak znając metody 70-latka, którego imię nosi jedna z trybun na Old Trafford, odpowiedź antycypować możemy sami. Przyjmijmy zatem, że zrezygnowany Berbatov rozsiadł się wygodnie z opuszczoną przyłbicą na ławce rezerwowych, nie chcąc pogarszać swojej sytuacji. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy w meczu z Fulham na 10 dni przed końcem roku dostał polecenie, by zmienić Danny'ego Welbecka. W końcu ligową murawę ostatnim razem powąchał ponad półtora miesiąca temu. Jego szansa na rehabilitację opiewała na ledwie kwadransie. Spożytkował ją wyśmienicie podwyższając na 0-5 dla United we wprost nieprawdopodobny sposób. Powiecie, że takie gole to co prawda rzadkość, ale już nie raz, nie dwa takowe widzieliśmy - zgoda. Tyle tylko, że takiego luzu, takiej swobody i takiej łatwości przy tego typu strzale nie widziałem nigdy. Zresztą to firmowe zagranie Berbatova. Nie samo uderzenie oczywiście, a towarzyszące mu znaki charakterystyczne zakrawające czasami na wrażenie, że temu piłkarzowi się, mówiąc kolokwialnie, po prostu nie chce. W tym jednak jego siła. Jest w stanie z lekkością wyprawiać z piłką takie rzeczy, jakie inni owszem potrafią powtórzyć, lecz z wielkim trudem. Potwierdzeniem mogą być dwa kolejne występy "Berby", któremu Sir Alex Ferguson zaufał tym razem od pierwszych minut. Nie żałował. Z Wigan zawodnik odwdzięczył mu się hat-trickiem, a z Blackburn dołożył kolejne dwa trafienia. Tym samym Dimitar Berbatov w równo 10 dni zdobył tyle samo bramek, co Javier Hernandez i Danny Welbeck przez ostatnie 3 miesiące razem wzięci. Mało?
Tak się pechowo złożyło, że okres, gdy do składu wrócił Berbatov, jest najsłabszym w całej kampanii Premier League dla Manchesteru. Podopieczni Sir Alexa Fergusona przegrali dwa kolejne spotkania, co nie zdarzyło im się od 10. miesięcy. Jednak w żaden sposób nie utożsamiałbym tego zjawiska z powrotem do pierwszej jedenastki bohatera niniejszego tekstu. Przede wszystkim dlatego, że problemem w przegranych starciach z Blackburn i Newcastle była głównie gra defensywna zespołu. Ponownie pozwolę, by mówiły liczby. Manchester United w tych dwóch meczach stracił 6 bramek, podczas gdy we wcześniejszych 9. tylko dwie. Świadczy to o fatalnej ostatnio dyspozycji obrońców, czego świadectwo wystawił Phil Jones, pakując piłkę do własnej siatki w kuriozalnych okolicznościach na zakończenie rywalizacji na St. James' Park. Czy ofiarą tejże bessy w defensywie będzie Dimitar Berbatov? Wszystko możliwe. Jednak daleki jestem od ferowania wyroków, czy to pogrąży United w jeszcze większym dołku, czy wręcz przeciwnie. Najprawdopodobniej nie będzie to miało wielkiego wpływu na dalsze losy pretendenta do tytułu. Wszakże Ferguson udowodnił, że każdego piłkarza może w każdej chwili odsunąć, zastąpić innym i wciąż wygrywać. Jednak dla mnie osobiście byłaby to sporego kalibru strata. Po pierwsze dlatego, że Berbatov zasłużył sobie swoją postawą na kolejne występy. Po drugie dlatego, że, z całym szacunkiem dla Hernandeza i Welbecka, jest lepszy od oponentów do miejsca w składzie u boku Wayne'a Rooney'a. I w końcu - po trzecie dlatego, że jest jednym z tych zawodników, dla których zasiada się przed telewizorem.
niedziela, 21 sierpnia 2011
Fundamentem silnego zespołu jest zgranie między poszczególnymi zawodnikami. Banał, powiecie. Tylko jak osiągnąć ów zgranie, kiedy w składzie dochodzi do nieprzerwanych rotacji? Jak scalić fantazyjnych goleadorów w sprawnie działający mechanizm? Czego potrzeba, aby znaleźć odpowiednie przełożenia? Czasu, powiecie. Tylko ile dokładnie czasu potrzeba i czy cierpliwość w ogóle się opłaci? Pierwszym, który na poważnie wziął się za poszukiwanie odpowiedzi na powyższe pytania był w Anglii Roman Abramowicz. Teraz wyniki Rosjanina weryfikują Szejkowie. Czy Manchester City w ślad za Chelsea Londyn kupi mistrzostwo? A właściwie pytanie winno brzmieć - czy zrobi to już w tym sezonie?
Miałem przyjemność obserwować "The Citizens" w obu ligowych pojedynkach w rozpoczynającym się sezonie Premier League. Podkreślmy, przyjemność. Roberto Mancini wzorowo przepracował z zawodnikami okres przygotowawczy, a ponadto nie naruszył trzonu drużyny ofensywą transferową. Pojawił się Sergio Aguero, któremu wystarczyło pół godziny w debiucie, by na spotkanie z Boltonem wybiec już w podstawowej jedenastce. W przededniu odejścia z klubu Carlosa Teveza fani mogą być spokojni o kolejne bramki. Wielki Argentyńczyk zastępuje bowiem wielkiego Argentyńczyk. Podczas pojedynku ze Swansea zgromadzeni na Etihad Stadium kibice gardłowali: "Carlos who?". Równie dobrze mogliby zakrzyknąć: "The king is dead, long live the king!". Wszakże "El Kun" wysłał jasny i klarowny przekaz, że zamierza przejąć po marudnym rodaku pałeczkę. Tevez siedzi już na walizkach, chociaż jego transfer nie jest wcale przesądzony. Na placu boju o usługi króla strzelców ligi angielskiej pozostał już tylko Inter Mediolan, który dopiero co pożegnał się z Samuelem Eto'o. Jeśli działacze obu klubów nie osiągną porozumienia, Tevez wciąż będzie przywdziewał barwy Manchesteru City i niewykluczone, że nie będzie to wcale korzystne dla ekipy Roberto Mancini'ego. A to dlatego, że trzeci zespół poprzedniego sezonu wygląda świetnie bez niego. Duża w tym zasługa zięcia Diego Maradony, ale nie tylko on zabłysnął na starcie rozgrywek.
Lato 2009 roku, Edin Dżeko po kapitalnym sezonie w Wolfsburgu, któremu mocno dopomógł w zdobyciu historycznego mistrzostwa Niemiec, jest zasypywany ofertami z czołowych klubów Serie A i Premier League. Przede wszystkim interesuje go jedna oferta. Z Milanu. Bośniak otwarcie deklaruje, że kibicuje "Rossonerim" i jego marzeniem byłaby gra na San Siro. Słowa te są wodą na młyn dla Adriano Galliani'ego, który właśnie poszukuje snajpera. Na drodze do transakcji stają jednak włodarze niemieckiego klubu. Żądają za swoją gwiazdę za dużo jak na ówczesną kieszeń mediolańczyków. Bośniak kontynuuje karierę w Bundeslidze, której zostaje królem strzelców w 2010 roku. Na początku roku 2011 jest już graczem Manchesteru City za rekordową dla ligi niemieckiej kwotę 32 mln euro. Początki nie należą jednak do najłatwiejszych. Niedoszły Milanista nie okrasza zbyt często swoich boiskowych występów bramkami. Media coraz śmielej krytykują decyzję o sprowadzeniu Dżeko, wieszcząc, że będzie to kolejny drogi napastnik, któremu w klubie się nie powiedzie. Jednak dzisiaj sprawa prezentuje się już zupełnie inaczej. Bośniak trafił zarówno do siatki Swansea, jak i Boltonu, rozgrywając zarazem dwa kapitalne spotkania. Nie tylko był skuteczny pod bramką rywala, ale także w boiskowych poczynaniach. Można mnożyć przykłady zagrań w jego wykonaniu, które posunęły akcje "The Citizens" do przodu. Wielokrotnie imponował zmysłem do gry kombinacyjnej. Na dowód tego przytoczmy fakty - za oba spotkania otrzymał od portalu goal.com notę 8, a za dzisiejsze z Boltonem został ponadto wybrany zawodnikiem meczu. Zasłużenie. To już nie ten sam bojaźliwy Edin Dżeko z poprzednich rozgrywek, któremu wychodzi co trzecie zagranie. To pewny swoich walorów snajper, który z powodzeniem może brylować w wyjściowej jedenastce Roberto Mancini'ego.
Sergio Aguero i Edina Dżeko łączy na razie dobra dyspozycja na starcie (przełomowej?) kampanii oraz fakt, że obaj mają na koncie po dwa gole. W klubie jest jednak jeszcze ktoś spełniający te wymagania. "El Cuco" (hiszp. kukułka), czyli David Silva. Były skrzydłowy Valencii ma z tej trójki najdłuższy staż w zespole z Manchesteru i dał wyraźny sygnał, że nie ma zamiaru zwalniać tempa po wspaniałym w swoim wykonaniu poprzednim sezonie. Silva wyrobił sobie u Roberto Mancini'ego solidną markę. Zawodził bardzo rzadko albo prawie wcale, a etatowo kierował grą ofensywną kolegów. Najczęściej przychodziło mu pracować z Carlosem Tevezem, lecz ewidentnie zarówno z Aguero, jak i z Dżeko łączy go dobra boiskowa komitywa. Ci trzej muszkieterowie, którzy łącznie wpakowali w dwóch meczach Premier League 6 goli, potrafią ze sobą współpracować i nie ma ku temu żadnych wątpliwości.
Jak potoczą się dalsze losy tego tercetu? Czy znikną nam z oczu, czy będą świecić w tej konstelacji jeszcze jaśniejszym blaskiem? Na pewno są w stanie doprowadzić Manchester City do ligowego podium, a w przypływie wrażenia, jakie na mnie wywarli, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że do mistrzostwa. Gwarantują bowiem jakość nie mniejszą niż ta, którą w ataku dumnie prezentuje konkurencja. Oczywiście do osiągnięcia sukcesu potrzebnych jest 20.-30. ludzi, ale akurat ta trójka zapowiada naprawdę fantastyczny sezon w swoim wykonaniu. Zięć, kukułka i niedoszły Milanista jeszcze nie raz nas zaskoczą.
piątek, 10 czerwca 2011
Jeszcze miesiąc temu elektryzowała nas ostatnia prosta sezonu, zaś dzisiaj możemy zbierać owoce tamtych rozstrzygnięć. Mianowicie mowa o przełożeniu się wyników sportowych na decyzje personalne w obrębie poszczególnych klubów. O ile zmian w kadrach zespołów nie sposób płynnie zaprezentować, o tyle roszady u sterów aż same proszą, ażeby się z nimi zapoznać.
Pomimo że wielu drużynom udało się wykonać plan minimum na miniony sezon, prezesi nie byli łaskawi. W wielu wypadkach okazało się, że oczekiwali jednak więcej bądź też natrafili na trenera potencjalnie efektywniejszego i to w jego ręce decydowali się przekazać swych podwładnych. Ciężko wytyczyć schemat, którym kierują się właściciele klubów Serie A w ocenie szkoleniowców. Częstokroć kierują nimi pobudki czysto emocjonalne, a niekiedy po prostu wyrachowanie. Abstrahując od ustalania reguł rządzących tym światkiem, zaprezentuję nazwiska trenerów, które w sposób donośny przewinęły się od zakończenia rozgrywek we Włoszech.
Alberto Malesani zamienił Bolognę na Genoę, wygryzając z pracy Davide Ballardini'ego, z którym nie zdecydowano się prolongować umowy. 57-letni Włoch w dotychczasowym klubie był skazany na walkę o utrzymanie w Serie A. Nowy pracodawca zapewne rozciągnął przed Malesanim dużo szerszy zakres kombinacji transferowych. Ponadto będzie miał teraz do czynienia z drużyną o większym potencjale. Decyzja o zmianie pracodawcy wydaje się być w pełni uzasadniona i przede wszystkim wolna od ewentualnych wpływów prezesa Bologny, Sergio Porceddy. W zamian 16. ekipę w Italii objął Pierpaolo Bisoli, który ostatnio pozostawał bezrobotny, a wcześniej prowadził Cagliari po odejściu z Sardynii Massimiliano Allegri'ego.
Vincenzo Montella zgodnie z przewidywaniami opuścił Romę i dość niespodziewanie znalazł od razu zatrudnienie na Sycylii. Catania zrezygnowała bowiem z usług Diego Simeone, który nie natchnął zaciągu swych rodaków do wyjątkowej gry. Argentyńczyk objął zespół, będący na 14. lokacie i dobrnął do mety na 13. Status quo został niemalże zachowany. Niemniej prezes Antonino Pulvirenti nie zrezygnował ze stawiania na niedoświadczonych menedżerów, czego dowodem jest Montella. Podobna taktyka nadal przyświeca Romie, która przymierza się do zakontraktowania Luisa Enrique. Całą opisaną w tym akapicie trójkę łączy fakt, że byli to zawodnicy wybitni, a na trenerską reputację muszą jeszcze solidnie zapracować.
Na stare śmieci w Weronie wraca Domenico Di Carlo. 47-letni Włoch trenował Chievo w latach 2008-2010, po czym odszedł do Sampdorii Genua, gdzie nie sprostał oczekiwaniom i musiał pożegnać się z posadą w trakcie minionych rozgrywek. Wakat pozostawił Stefano Pioli, po którego zgłosiło się Palermo. 46-latek osiągnął z Chievo całkiem niezły rezultat, zajmując 11. miejsce w tabeli. Na Sycylii będzie następcą Delio Rossiego, który nie nie po raz pierwszy został przepędzony przez Maurizio Zamparini'ego. Poznawszy się na osobowości impulsywnego milionera, pozostaje zapytać - tylko na jak długo?
Drugi obok Lecce beniaminek, który nie wrócił do Serie B, czyli Cesena pożegnał się z dotychczasowym coachem Massimo Ficcadentim. Właściciel 15. ekipy w Italii Giorgio Lugaresi obrał sobie za cel zakontraktowanie Marco Giampaolo, a więc bezrobotnego od stycznia Włocha urodzonego w Szwajcarii, który spędził jesień ubiegłego roku u sterów Catanii. Największe rozczarowanie sezonu, Sampdoria Genua zaufała Gianlucę Atzori'emu i to właśnie były trener Regginy ma przywrócić na Stadio Luigi Ferraris najwyższą klasę rozgrywkową we Włoszech.
Na koniec wisienka na torcie, czyli zmiany na szczycie w Turynie. Luigi'emu Del Neri oczywiście pokazano drzwi, gdyż na Juventus zabrakło mu umiejętności/charyzmy/pomysłu (niepotrzebne wykreślić). Na posadę głównodowodzącego w ponownie przebudowywanym Juve przymierzano głośne osobistości z Walterem Mazzarrim i Andre Villas-Boas'em na czele. Zadania podejmie się jednak persona dużo mniej medialna, o której mówiono w kontekście objęcia tej posady rzadko albo nie mówiono wcale. Antonio Conte to ikona Juventusu, w którym jako piłkarz występował przez 12 lat, a teraz idzie w ślady Ciro Ferrary. Prawdopodobne, że z analogicznym skutkiem.
Czy to już koniec trenerskiej karuzeli we Włoszech? Niezupełnie. Wciąż nie znamy jednego z najgłośniejszych nazwisk, tj. nowego szkoleniowca AS Roma, chociaż ze wszech stron bombardowani jesteśmy doniesieniami, że Luis Enrique jest już jedną nogą w Rzymie. Hiszpan zaprzecza natomiast, jakoby podpisywał jakiekolwiek dokumenty, zaznaczając zarazem, że prawdopodobnie dojdzie do tego w najbliższych dniach. Niezależnie od tego, czy jego wypowiedzi znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości, rynek trenerski we Włoszech należy uznać za grunt bardzo gorący w bieżącej przerwie między rozgrywkami.
|
Zakładki:
Blogi o MŚ
Nasze ulubione
|