Pisanie złotem. Jest czas pisania i czas czekania.
RSS
wtorek, 10 kwietnia 2012

Jestem panem świata!

Tak mógłby zakrzyknąć za Mirosławem Bielawskim z formacji Bank Michael Owen na przełomie wieków i nie byłoby w tym ani krzty przesady. Wielki świat usłyszał o 19-letnim wówczas Angliku podczas mistrzostw świata we Francji, kiedy zdobył bramkę wszech czasów dla reprezentacji Anglii w spotkaniu z odwiecznym rywalem, Argentyną. Kibice pokochali go od pierwszego wejrzenia. Młody, przebojowy i piekielnie utalentowany. Miał być gwarantem sukcesów na kolejne lata tak w reprezentacji, jak i w Liverpoolu. Faktycznie na Anfield byli Owenem zachwyceni i trudno się temu dziwić, skoro zawodnik doprowadził zespół do zwycięstw w Pucharze UEFA, Superpucharze Europy, Pucharze Anglii, Pucharze Ligi oraz Tarczy Dobroczynności. Wszystko to na przestrzeni jednego roku, za co otrzymał Złotą Piłkę. Widocznie dziennikarze France Football docenili fakt, że w każdym z wyżej wymienionych finałów wpisywał się na listę strzelców. Owen był na piłkarskim Olimpie.

Upadam, wciąż upadam i długo lecę w dół…

Wielka kariera Michaela Owena zamknęła się właściwie w ramach dwóch reprezentacyjnych imprez. O ile we Francji nastąpił cudowny rozkwit możliwości napastnika, o tyle w Portugalii był już cieniem samego siebie oraz nowego młodego-gniewnego, czyli Wayne’a Rooney’a. Tym samym Anglik mógłby dzisiaj podsumować okres swojej kariery po mistrzostwach Europy w 2004 roku dokładnie tak, jak rozpoczął swój kawałek Tomasz Lipnicki. Bowiem po Euro’04 Owen przeniósł się do Realu Madryt, gdzie ewidentnie przytłoczyła go konkurencja w osobach Raula i Ronaldo. Podjął zatem próbę ratowania sportowej reputacji tam, gdzie ją zbudował. Jednak ani w Newcastle, ani w Manchesterze nie emanował już takim geniuszem jak niegdyś. Liga angielska potraktowała go z buta. Dosłownie. Już na początku reaktywacji przygody z Premier League w sylwestra 2005 Michael Owen został niefortunnie zaatakowany przez bramkarza Tottenhamu, Paula Robinsona, co zaowocowało 3-misięcznym rozbratem z futbolem. Owen wrócił, ale niedługo potem zerwał więzadła krzyżowe. To był definitywny początek końca.

Już nie przejmuj się, nie tylko tobie jest źle; pokaż wreszcie co potrafisz, na co cię stać.

Czy Michael Owen może jeszcze wziąć sobie do serca słowa piosenki gardłowane przez Marka Piekarczyka z TSA? Ma już przecież 32 lata i bagaż kontuzji na swoim koncie. Czy to zatem możliwe, by ten, który miał świat u swoich stóp jako nastolatek, wrócił do gry na wysokim poziomie? Odpowiadam śpiewająco, powtarzając za Zygmuntem Staszczykiem z T.LoveNie, nie, nie. Barierą nie jest jednak ani wiek, ani bagaż kontuzji, ani tym bardziej brak umiejętności. Bariera tkwi najzwyczajniej w głowie samego zawodnika. Michael Owen nie szukał w czerwcu nowego pracodawcy, tylko przedłużył o rok intratny kontrakt z Manchesterem United. Dał tym samym wyraźny sygnał, że ambicje indywidualne zeszły już na dalszy plan. Rozczarował tym samym wielu małych chłopców, dla których niegdyś był prawdziwym idolem. Wiem, bo jednego znam osobiście.

13:21, wajcha45
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 kwietnia 2012

Do zakończenia sezonu Serie A pozostało 8 ligowych kolejek, zaś na placu boju o tytuł mistrzowski - Milan i Juventus. Sytuacja w tabeli jest bowiem o tyle klarowna, że z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że nikt więcej do wyścigu o ligowy prym już się włączyć nie zdoła. Nie jest to bynajmniej niespodzianka, gdyż Lazio, Napoli, Udinese, Roma i Inter od miesięcy chwiejnym krokiem przepychają się przez kolejne ligowe pojedynki, podczas gdy prowadząca dwójka miewa słabsze momenty tylko okazjonalnie. Zaburzenie tej prawidłowości nie jest co prawda wykluczone, ale różnica punktowa, jaka dzieli dziś trzeci zespół od lidera z Mediolanu, czyli bagatela 13 oczek, może odstraszyć nawet najśmielszych optymistów. Podążając tym tropem, pozwolę sobie skonfrontować szanse Milanu i Juventusu na tegoroczne Scudetto, zarazem wykluczając ingerencję osób trzecich w losy mistrzostwa kraju.

  •  Terminarz

Analizując kalendarz Serie A na kwiecień, trudno oprzeć się wrażeniu, że Juventus czeka naprawdę wyboisty tor z przeszkodami. Pierwsze na drodze turyńczykom stanie Palermo, dla którego będzie to ostatni gwizdek, by włączyć się do rywalizacji o europejskie puchary. Ponadto podopieczni Bortolo Mutti'ego mają coś do udowodnienia swoim kibicom, gdyż od trzech spotkań nie wygrali na Stadio Renzo Barbera, a przecież stadion ten do niedawna był uważany za jeden z najtrudniejszych do zdobycia w całej Italii. Niedługo potem na "Starą Damę"  czekają potyczki rzymskie, tj. z Lazio i Romą, przedzielone meczem z teoretycznie najsłabszą w lidze Ceseną. Obie ekipy ze stolicy są w grze o ligowe podium i tym samym miejsce w eliminacjach do Ligi Mistrzów, co stanowi gwarant bardzo wysoko postawionej przed Juventusem poprzeczki. Kwiecień podopieczni Antonio Conte zamkną spotkaniem z Novarą, która to na swojej sztucznej murawie pokonała w tym sezonie Udinese Calcio i Inter Mediolan. W maju powinno być już nieco łatwiej, gdyż "Bianconerim" pozostanie rozprawić się kolejno z Lecce, Cagliari i Atalantą. Jednak wyniszczający kwiecień może odcisnąć na drużynie widoczne piętno i potencjalnie łatwe majowe 9 punktów może zostać zawężone do 5-7.

Tak niewdzięczna końcówka sezonu ominęła natomiast Milan, który wszystkie (poza jednym) najtrudniejsze mecze ma już za plecami. Na pierwszy ogień pójdzie znajdująca się w katastrofalnej dyspozycji Fiorentina, która w ostatnich 5. spotkaniach zainkasowała ledwie 2 punkty. Podopiecznym Massimiliano Allegri'ego w kwietniu przyjdzie się jeszcze zmierzyć z Chievo, Genoą, Bologną oraz Sieną. Można więc śmiało antycypować, że Milan ugra w bieżącym miesiącu co najmniej 10. punktów. Zwycięstwa z Fiorentiną, Bologną czy Genoą, która nie wygrała w lidze od 5 lutego, są wręcz nieuchronne. Taki obrót spraw może, aczkolwiek oczywiście nie musi, spowodować, że "Rossoneri" zakończą miesiąc z jeszcze większą przewagą punktową nad Juve niż go rozpoczęli. Na finiszu przyjdzie skrzyżować rękawice z Atalantą, Interem oraz Novarą. W maju Milan nie będzie zmuszony opuszczać San Siro, przy czym derby rozegra w charakterze gości. Właśnie konfrontacja z rywalem zza miedzy jest anonsowana jako decydująca w kontekście krajowego mistrzostwa. Abstrahując od tego, czy faktycznie tak też się stanie, będzie to dla Milanu z całą pewnością największa przeszkoda na ostatniej prostej sezonu. 

  • Kadra

O ile za rubrykę "Terminarz" moglibyśmy postawić "plus" przy drużynie Milanu, tak w rubryce "Kadra" takowy należy się zdecydowanie ekipie z Turynu. Nie jest to jednak podyktowane domniemanie większym potencjałem kadrowym Juventusu, a świetną kondycją zdrowotną zespołu. Dość powiedzieć, że najmniej kontuzjogenni w całej lidze, jak policzyli włoscy dziennikarze, są właśnie zawodnicy 27-krotnego mistrza Włoch. Liczba urazów, które nawiedziły w tym sezonie Turyn, wciąż nie przekroczyła 50. Na drugim biegunie tej statystyki są piłkarze Milanu, którzy wręcz deklasują ligowych oponentów, mając na swym niechlubnym koncie niemało ponad 200 kontuzji. Rozbieżność wręcz zdumiewająca zwłaszcza, gdy uwzględnimy renomę, jaką cieszy się Milan Lab. Jeden z najpopularniejszych na świecie ośrodków medycznych należących do klubu piłkarskiego zawodzi ostatnio na całej linii. Nie tylko nie jest efektywny, ale w dodatku zleca przeprowadzanie badań innym jednostkom, jak to miało miejsce w przypadku Alexandre Pato, który próbował się kurować w Stanach Zjednoczonych. Zaznaczmy - próbował. Nieudolność medyków z Mediolanu może być uwarunkowana, co sugeruje wielu fachowców, stanem murawy na San Siro. Tę tezę potwierdza pozycja drugiej ekipy z miasta mody we wspomnianych wyliczeniach żurnalistów, bowiem Inter znalazł się w nich na najniższym stopniu podium. Niezależnie od przyczyny takiego stanu rzeczy, efekt jest taki, że Milan regularnie nie dysponuje w tym sezonie 7-12. zawodnikami, z czego kilkoma z pierwszego składu. Natomiast Juventus tylko z rzadka boryka się z kadrowymi zawirowaniami, co zapewnia dużo większą stabilność podstawowej jedenastki oraz bogatsze możliwości manewrowania składem. Może się to okazać wielce przydatne w ostatnich tygodniach rywalizacji, gdyż zmęczenie sezonem intensyfikuje się z każdym spotkaniem, a nagromadzenie ośmiu pojedynków w przeciągu 36. dni zmusi trenerów do częstego rotowania piłkarzami. Na lepszej pozycji stoi więc Juventus, chociaż w Milanie coraz śmielej mówi się o powrocie do zdrowia Antonio Cassano, a gracz tego formatu co "Fanantonio", mógłby okazać się prawdziwym asem z rękawa na finiszu rozgrywek. 

  • Dyspozycja

Na przestrzeni marca zdecydowanie najlepszą drużyną w Serie A był Milan. 18-krotny mistrz Włoch może poszczycić się czterema zwycięstwami i jednym remisem, podczas gdy Juventus w tym samym czasie odniósł dwa zwycięstwa i zremisował trzykrotnie. Jednak Juve wszystkie remisy zanotowało na początku miesiąca, by później cieszyć oko fanów i zachwycać efektowną, a przede wszystkim skuteczną grą. Ostatni ligowy mecz podopieczni Antonio Conte odbyli 1 kwietnia, kiedy to rozbili 3-0 rozpędzone Napoli. Milan zaś po raz ostatni wybiegł na boisko 3 kwietnia na Camp Nou, kiedy to oddał najmniej strzałów na bramkę rywala w całym sezonie i odpadł z Ligi Mistrzów po porażce 3-1. Jednak mierzył się z najlepszą drużyną świata, co naturalnie nie jest miarodajnym sprawdzianem dyspozycji. Nie będzie zatem nadużyciem, jeżeli przyjmiemy, że Juventus oraz Milan wyglądają w ostatnich tygodniach w miarę analogicznie.  

  • Doświadczenie

Jeżeli porównamy doświadczenie  zawodników obu zespołów w zmaganiach o mistrzowską paterę, to wyłowimy argument przemawiający za Milanem. Nie dość, że znakomita część aktualnej drużyny świętowała mistrzostwo Włoch w zeszłym roku; nie dość, że poszczególni zawodnicy mają na swoim koncie więcej tego typu osiągnięć niż rywale z Turynu; to sam jeden Zlatan Ibrahimović w przeciągu ostatnich 9. lat wygrywał mistrzostwo kraju 8-krotnie, stając się zarazem warunkiem sine qua non dla klubu chcącego bić się o ligowy triumf. Również osoba trenera nie jest tutaj bez znaczenia. Antonio Conte, pomimo odważnego debiutu w poważnym futbolu, jest zapewne obarczony nie lada presją, którą to stara się systematycznie zdejmować na łamach prasy tak z siebie, jak i ze swoich piłkarzy. Trener Juventus nie posmakował jeszcze w swoim zawodzie tego typu sukcesu. Jego zachowawcze wypowiedzi znamionuję obawę przed nad wyraz rozhulanymi oczekiwaniami kibiców i klubowych działaczy, a do tego przecież będzie zmuszony w Turynie się przyzwyczaić. Z tego typu presją większych problemów nie ma, albo po prostu skutecznie się maskuje, Massimiliano Allegri. Dla byłego trenera Cagliari Calcio sprawą oczywistą od początku sezonu jest, że walczy on wraz ze swymi podopiecznymi o Scudetto. Cel na bieżący sezon stał się dla Allegri'ego tym bardziej przejrzysty, że zarówno w finale Pucharu Włoch, jak i Ligi Mistrzów, Milanu zabraknie. Mówi się nawet o ultimatum od Berlusconi'ego - mistrzostwo albo zwolnienie. Taka rzekoma forma motywacji od świeżo nominowanego, a zarazem powracającego na stanowisko, prezydenta klubu zdaje się być nieco przesadzona. Wszakże Milan wiele zawdzięcza swojemu aktualnemu trenerowi i to pomimo krótkiego stażu w szatni. Niemniej jest to jeden z najsilniejszych determinantów i wszystko możliwe, że okaże się skuteczny również w tym przypadku. O ile faktycznie owo ultimatum padło z ust Silvio Berlusconi'ego. 

  • Okoliczności 

Juventus szczyci się rzadko spotykaną na tym poziomie serią spotkań bez porażki, która trwa od zarania sezonu. W żadnej innej z czołowych lig europejskich nie ma drużyny niepokonanej. Jeżeli uda się dotrwać w tej zapierającej dech w piersiach passie do końca rozrywek, Juventus uczyni ten sezon naprawdę zjawiskowym w swoim wykonaniu. Pomimo że ów potencjalny wyczyn może nie wystarczyć do zdobycia jakiegokolwiek trofeum, na pewno zwielokrotni szanse "Bianconerich" na końcowy sukces w Serie A. Natomiast Milan w tym sezonie obrywał wielokrotnie - 4 razy w lidze, 3 razy w Lidze Mistrzów oraz raz w Pucharze Włoch. Jednak każda z tych porażek miała miejsce z rąk klubu silnego bądź bardzo silnego, a w terminarzu Milanu ostał się tylko jeden spełniający takowe kryteria.

W tabeli lekki handicap jest udziałem Milanu, który ma 2 pkt. przewagi. Jednakowoż na korzyść Juventusu przemawia bilans meczów bezpośrednich, tj. 2-0 oraz 1-1, które w przypadku równej liczby punktów obu zespołów na koniec sezonu wskażą mistrza w osobie Antonio Conte i jego podopiecznych. Bez znaczenia jest zatem bilans bramkowy, a ten w tej chwili jest korzystniejszy po stronie Milanu. Co prawda turyńczycy mają szczelniejsze zasieki obronne, czego dowodem jest zaledwie 17. straconych bramek (o 7 mniej), lecz mediolańczycy trafiają do siatki rywala częściej, bo 60-krotnie (o 11 więcej).  Na uwagę zasługuje zwłaszcza liczba bramek straconych przez Juve. Chwalony w zeszłym sezonie za grę defensywną zespołu Milan stracił w całych rozgrywkach 24 gole, czyli dokładnie tyle, ile w aktualnym do tego momentu. Warto jednak podkreślić, że przez ostatnie 8 spotkań stracił w mistrzowskim sezonie aż... 2 bramki. To pozwoliło Thiago Silvie i spółce zainkasować 20 z 24. możliwych do zdobycia punktów. Juventus w tamtym okresie punktował znacznie słabiej, lecz ciężko w tym akurat doszukiwać się jakiegokolwiek punktu odniesienia, gdyż zespół został odrestaurowany w letnim mercato. Najistotniejsze, że Juve traci obecnie bardzo mało bramek i często zachowuje czyste konto (m.in. w czterech ostatnich ligowych starciach). Jeżeli przeszczepi tę zdolność na najbliższe kolejki, znacząco zwiększy swoje szanse mistrzowskie. Ponadto kusząca jest perspektywa pobicia wydawało się imponującego wyniku Milanu z poprzedniego sezonu, na co Gianluigi Buffon i jego koledzy mają niemałą okazję.

  • Postanowienia końcowe

Pomimo że zabrzmi to jak truizm, musimy sobie uświadomić, że w tej chwili mistrzem jest Milan. 2 punkty przewagi to niedużo, ale pozwala ekipie z San Siro dyktować reguły gry. To w ich rękach leżą losy mistrzowskiego tytułu, co oznacza, że czysto teoretycznie rzecz ujmując, Juventus może wygrać wszystkie spotkania do końca sezonu i nie wygrać ligi. Naturalnie jeśli ten schemat powieli Milan. Taki przywilej to zarazem wielka odpowiedzialność, lecz lektura rubryki "Doświadczenie" zdaje się wskazywać, że ci piłkarze, którymi dysponuje Massimiliano Allegri są w stanie ten ciężar udźwignąć. Juventus musi czyhać na potknięcia rywala, a zarazem liczyć się z przeogromną krytyką piłkarskiej Italii w przypadku zdobycia tytułu z niewielką przewagą punktową. A to dlatego, że echa feralnej decyzji Paolo Tagliavento, który nie uznał ewidentnego gola Muntari'ego w bezpośrednim pojedynku obu drużyn, wciąż nie milkną. Adriano Galliani do tego stopnia czuje się oszukany tamtą, a także kolejną tego typu (Catania - Milan) pomyłką sędziego, że pisze list do prezesa FIGC (odpowiednik polskiego PZPN), Giancarlo Abete, w którym to sugeruje wprowadzenie powtórek video bądź chociażby dodatkowych arbitrów za bramkami. Antonio Conte i jego podopieczni nie mogą jednak zaprzątać sobie głowy tego typu strapieniem. Ich zadaniem jest w tej chwili dać z siebie absolutnie wszystko na ostatniej prostej w wyścigu po Scudetto. Czy to wystarczy? Piłeczka jest po stronie Milanu. 

21:44, wajcha45
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2012

Czas akcji: 15 stycznia 2012, godz. 22:02.

Miejsce akcji: Mediolan, San Siro.

Bohaterowie: Javier Zanetti, Ignazio Abate, Diego Milito, Christian Abbiati. 

Problem: Zaczątek do refleksji nad stanem piłki mediolańskiej. 

54. minuta niedzielnych derby della Madonnina stanowi esencję nie tylko owego meczu, ale również (przede wszystkim?) aktualnej kondycji mediolańskich krezusów. Niby akcja jakich wiele. Centra, kiks, przyjęcie, podprowadzenie, strzał, gol. Naoglądaliśmy się takich sytuacji do znudzenia. Jednak w tej konkretnej uderzyło mnie jedno - tempo. Zanetti ostatkiem sił oddaje piłkę do środka. Adresatem jest ku zaskoczeniu wszystkich Abate, który ku jeszcze większemu zaskoczeniu wszystkich prezentuje futbolówkę Milito. Ten ślamazarnie zabiera się z nią w pole karne, by po chwili oddać strzał, który o dziwo ląduje w bramce nieporadnie interweniującego Abbiati'ego. Strzał dobry, bo efektywny, ale jeden z tych, po którym piłka "toczy się i płacze". Jedni rozentuzjazmowani, drudzy skonsternowani. Oczywista oczywistość. Jednak całe zajście jest symboliczne. Inter - toporny, wolny, acz kąśliwy. Milan - nonszalancki, niezapobiegliwy, acz chwiejny tylko momentami. Czy to miarodajna charakterystyka, czy jedynie uproszczenie? Na pewno impuls, by przyjrzeć się mediolańskim bolączkom z bliska. 

Podejmować temat gry obydwu stron nie jest zadaniem łatwym. Nudna, schematyczna i pragmatyczna właściwie przez pełne 90 minut. Kibic, dosłownie i w przenośni, niedzielny nie został poczęstowany niczym smacznym. Niczym, co mogłoby go skusić do stołu na kolejny wspólny posiłek z Serie A. Naturalnie nie to jest ideą derbów miasta, by zwabić do siebie kolejnych gapiów, lecz to, by rywale pokazali charakter i wytargali sobie nawet z gardeł 3 punkty. Czy ktoś z zewnątrz zechce to oglądać, to już zupełnie inna sprawa. Tyle tylko, że po niedzielnej konfrontacji niewielu jest śmiałków, którzy o włoskiej piłce odważą się wypowiedzieć chociaż kilka ciepłych słów. Nie będzie zasadnym wrzucać wszystkich do jednego worka po wyczynach ledwie dwu drużyn i to w dodatku tylko w ten konkretny wieczór, lecz taka jest cena za prestiż, jakim cieszą się mecze derbowe. Pojedynek na szczycie zawsze jest świadectwem całych rozgrywek. Przynajmniej dla tych, którzy na daną ligę spoglądają okazjonalnie. A przecież bieżący sezon wcale nie należy do najgorszych dla przedstawicieli Serie A na arenie międzynarodowej. Mediolańska dwójka oraz SSC Napoli szykują się do walki o ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a Lazio Rzym i Udinese Calcio ostrzą sobie apetyty na zawojowanie wiosną Ligi Europy. Zatem aż piątka ostała się na placu boju, z czego trójka w najważniejszych rozgrywkach, co jest wynikiem wręcz świetnym w kontekście włoskich poczynań w ostatnich latach. Dość powiedzieć, że Włochy mają najwięcej przedstawicieli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów bieżącego sezonu ze wszystkich nacji. Jednak fama po derbach Mediolanu idzie w świat. Czy to w Anglii, czy w Hiszpanii, czy w Niemczech kibice poczęli gardłować, jaka głęboka jest zapaść calcio. Nie po raz pierwszy zresztą. Mają takie prawo. Co więcej, mają w tym sporo racji. Niestety. 

O tym, że poważny kryzys toczy włoską piłkę, wiadomo nie od dziś. Problem ten rozciąga się przez przeróżne płaszczyzny; od czysto estetycznych po ekonomiczne. Zmienia się tylko rozmiar, jaki w danym czasie przybiera. Kiedy Włosi dali się wypchnąć Niemcom z podium najlepszych lig na kontynencie, podnoszono larum. Kiedy Napoli wyeliminowało Manchester City z Ligi Mistrzów, upatrywano zmian na lepsze. Casus calcio jest o tyle niepokojący, że towarzyszy mu atmosfera wszechogarniającej niepewności. O ile jeszcze wczoraj Milan (w Lidze Mistrzów) i Inter (w Serie A) to były synonimy stabilności i solidności, o tyle dzisiaj nie gwarantują już tak wysokiego poziomu. Coraz częściej na mediolański duet spogląda się nieco protekcjonalnie. Niby przeciwnicy silni, ale jednak w losowaniach pożądani. Niby krezusi, ale stylizowani na kolosów na glinianych nogach. Stać ich jedynie na jednorazowe przebłyski. Nawet triumf Interu w sezonie 2009/10 nie zapobiegł niemieckiej egzekucji, a jedynie odłożył ją w czasie. Teraz coraz śmielej o wypchnięciu Serie A z czołówki rankingu UEFA mówią Francuzi. Sięgając pamięcią do przełomu wieków, można odnieść wrażenie, jakoby cały piłkarski fundament zawalił się Włochom pod nogami. Oczywiście będzie to nadużyciem; zwłaszcza zważywszy, że kryzys calcio nawarstwia się mniej więcej od 2007 r. Za umowną datę można przyjąć zwycięstwo Milanu w finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem, które było ostatnim oddechem tamtej fantastycznej, a zarazem bardzo wiekowej drużyny. Można odnieść wrażenie, że kumulacja dwóch tak zacnych wiktorii w tak krótkim czasie (2006 rok to przecież mistrzostwo świata dla Squadra Azzurra), niepostrzeżenie uśpiła całe włoskie środowisko piłkarskie. Coraz częściej Serie A opuszczały znane nazwiska, a w ich miejsce pojawiali się już nie tak samo zdolni i utalentowani zawodnicy. Coraz częściej zapominano, że kiedyś musi nastąpić zmęczenie materiału i naiwnie liczono, że co poniektórzy zawodnicy grać będą na swoim poziomie jeszcze długie lata. Swoje 3 grosze dołożyła również afera Calciopoli, która podważyła wiarygodność klubowych elit i kliki sędziowsko-organizacyjnej. Summa summarum Serie A stała się mniej atrakcyjna. Jednak cały ten proces, ukazujący dynamizm zmian zachodzących we współczesnym futbolu, jest zarazem, a przynajmniej powinien być, bodźcem do intensywnej pracy nad odbudową upadłego imperium. A jeżeli nie imperium, na co monopol ma dziś Premier League, to chociaż newralgicznego królestwa na piłkarskiej mapie Europy. Atutów Włosi mają całe mnóstwo. Wystarczy je odpowiednio wykorzystać. Jak tego robić nie należy, zademonstrowali w niedzielę. 

W Milanie po przegranych derbach wciąż oddychają spokojnie. Czyżby kolejny przejaw charakterystycznego dla włoskich realiów uśpienia czujności? Faktycznie w ligowej tabeli Milan wciąż prezentuje się nieźle, bo co prawda zsunął się z fotela lidera, lecz nie stracił z Juventusem Turyn bezpośredniego kontaktu. Porównując sytuację z analogicznym okresem z zeszłego, mistrzowskiego przecież, sezonu, również nie wygląda to źle. Milan miał wtedy po 18. kolejkach 39 punktów, a więc o dwa więcej niż ma teraz. Z tą jednak różnicą, że przewodził ligowej stawce, a od drugiego Lazio Rzym odgradzało go aż 5 oczek. Konfrontując te dwie rundy w wykonaniu podopiecznych Massimiliano Allegri’ego, trudno oprzeć się zarazem wrażeniu, że były diametralnie różne. Podstawą do takiej dygresji jest przede wszystkim postawa „Czerwono-czarnych” w meczach z najsilniejszymi rywalami. Jesienią 2010 r. Milan pozostawił w pokonanym polu zarówno Inter Mediolan, jak i SSC Napoli. Owszem, uległ Juventusowi Turyn, aczkolwiek miało to miejsce po przyzwoitym występie zespołu, co zawsze w pewnym stopniu go usprawiedliwia. Natomiast miniona runda to pod tym względem pasmo klęsk i rozczarowań. Nie dość, że Milan nie odniósł choćby jednego zwycięstwa w konfrontacjach z realnymi kandydatami do scudetto (Juventus Turyn, Udinese Calcio, Lazio Rzym, Inter Mediolan, SSC Napoli), to w dodatku w starciu z najgroźniejszym (Juventus) ledwo dychał, a niski wymiar kary może zawdzięczać tylko i wyłącznie wyjątkowej nieskuteczności rywala. Również w Neapolu wypadł bardzo blado, gdzie o hat-tricka pokusił się wówczas Edinson Cavani. Tendencja ta jest dla mistrzów Włoch co najmniej wstydliwa. Oczywiście można wygrać ligę, nie pokonując po drodze nikogo z bezpośrednich oponentów do tytułu, lecz jaki smak będzie miało owe zwycięstwo. Nie będzie to na pewno zwycięstwo pełne; zwycięstwo, które oddawałoby rzeczywisty stan rzeczy. Będzie to co prawda przekucie mozolnej pracy na wymierny efekt, ale w sposób nieprzekonywujący i pozostawiający wiele znaków zapytania. Poza tym trudno doszukać się takiego paradoksu w jakiejkolwiek lidze i to niezależnie od ewentualnej daty takiego wydarzenia. Wydarzenia przez duże (małe?) W. Czy kiedykolwiek jakaś drużyna sięgnęła po tytuł i nie wygrała ani jednego meczu z żadną z pięciu kolejnych w tabeli ekip? Brzmi wręcz nieprawdopodobnie. Teoretycznie jest to możliwe, czego dowodem jest właśnie runda jesienna aktualnego sezonu Serie A. Jeżeli w zaległej 1. Kolejce Milan pokonałby Novarę Calcio, a Juventus nie zgarnął kompletu punktów z Atalantą Bergamo, a realia rundy jesiennej znalazłyby odbicie w realiach rundy wiosennej, mielibyśmy wydarzenie bodaj bezprecedensowe. Jednak wszystko to obnaża raczej słabość i nieudolność Milanu, niźli dowodzi kabalistycznych właściwości zespołu. Po prostu Massimiliano Allegri nie przygotował swoich zawodników do rywalizacji przy podwyższonym poziomie adrenaliny. A przecież już za rogiem czeka Arsenal Londyn.

 W Interze po wygranych derbach są rozradowani. Nie milkną peany pod adresem Claudio Ranieri’ego, który rzekomo poustawiał wreszcie zespół we właściwy sposób i odrestaurował jego struktury. Argumentów czysto sportowych nie brakuje. Inter pod jego wodzą przez cały listopad, grudzień i styczeń poniósł w Serie A tylko jedną porażkę, wygrywając pozostałe 7 spotkań. Seria ta pozwoliła usadowić się w czołowej piątce i nieoczekiwanie włączyć do walki o mistrzostwo. Zasługi Włocha są więc niebagatelne. Jednak w tym kontekście jest to trener pechowy, czego nie omieszkał wytknąć mu, podczas pobytu we Włoszech, Jose Mourinho. Claudio „Drugi” Ranieri jest natomiast specjalistą od meczów derbowych, w których nie znalazł jeszcze na siebie mocnych w rodzimym kraju. Łatkę specjalisty obronił w niedzielę, czym zaskarbił sobie nie lada sympatię kibiców Interu. Następna okazja dopiero w maju, lecz równie dobrze może jej wcale nie być. W Interze od pożegnania z Jose Mourinho żonglują trenerami okrutnie. Żaden nie wytrzymał dłużej jak pół roku. Ranieri jest na najlepszej drodze, by złamać tę prawidłowość, ale niczego nie można wykluczyć. Biorąc poczynania Interu pod lupę, nie można nie zauważyć, że mamy do czynienia z tworem do końca jeszcze nieukształtowanym. W derbach Mediolanu „Czarno-niebiescy” emanowali często niezgrabnością w ofensywie i brakiem inicjatywy. Na ile uzasadniają to założenia taktyczne, a na ile jest to następstwem stopniowego wypracowywania sobie własnego stylu – ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. Jednak Inter jest na dzień dzisiejszy w podobnych tarapatach co rywal zza miedzy. Najzwyczajniej w świecie brakuje odwagi w grze, kiedy naprzeciwko stoją zawodnicy o podobnych walorach. Za Giuseppe Bergomim: „W derbach wygrał strach”. To zdanie najtrafniej charakteryzuje niedzielny pojedynek, a przecież wypowiedział je człowiek-ikona Interu Mediolan. Podopieczni Claudio Ranieri’ego byli niebywale flegmatyczni i gdyby tego dnia Milan zagrał, jak w derbach sprzed niespełna 10. miesięcy, najprawdopodobniej znowu zakończyłoby się nokautem. Nie zagrał, więc decydowały niuanse, a na tej niwie większą starannością wykazali się gracze Interu. Problem w tym, że ich występ nosił nieliczne znamiona piłkarskiej jakości. Podobnie jak to się ma w przypadku Milanu, Inter ewidentnie nie potrafi przekuć swojego potencjału na rzeczywiste zagrożenie w ważnych meczach. Tę słabość unaocznił zarówno Juventus Turyn, jak i Udinese Calcio, z którymi to mediolańczycy polegli już za kadencji Ranieri’ego. Z Milanem udało się wygrać i może karta zacznie się powoli odwracać, ale na dzień dzisiejszy wygląda to tak, jakby kulawy prześcignął inwalidę w biegu na 1000 metrów dopiero na ostatniej prostej.

Siłą rzeczy najpoważniejszym pretendentem do scudetto jest Juventus Turyn. Tutaj bolączek jest względnie mało, a pozycja najdogodniejsza. Nie oznacza to bynajmniej, że ze „Starą Damą” nie ma nawet po co stawać w szranki. Co więcej, potencjałem obie mediolańskie ekipy wciąż przewyższają odbudowywany Juventus. W świadomości piłkarzy świeże są obrazy niedawnych sukcesów, co powinno rozwiać jakiekolwiek wewnętrzne wątpliwości o to, czy można wygrać ten wyścig. Oby był to wyścig zupełnie inny niż te nieszczęsne derby, po którym nawet najwytrwalsi z Giuseppe Bergomim na czele zaniemogli. Oby był to pasjonujący wyścig na wysokim poziomie, który wyłoni mistrza Włoch z prawdziwego zdarzenia. Mistrza Włoch, który zasłuży sobie na ten tytuł jakością, a nie przypadkiem. Co się zaś tyczy Mediolanu – oby piłkarze Interu i Milanu ruszyli w maju ratować mocno nadszarpniętą reputację „derbów nad derbami” i całego calcio. Są nam to winni.

19:36, wajcha45
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2012

Co do tego, że bieżący tydzień upłynie pod znakiem zapytania (wykrzyknikiem!) derby della Madoninna, wątpliwości nie mam żadnych. Zastanawia mnie natomiast, czy w międzyczasie nie dojdzie do intensywnych wahań nastrojów w obu obozach. Przyczynkiem miałby być oczywiście potencjalny transfer Carlosa Teveza do jednego z mediolańskich krezusów.

W tej chwili jedno wiemy na pewno. Niemożliwym jest, aby Argentyńczyk w niedzielę o 20:45 wybiegł na San Siro i to niezależnie od tego, które barwy miałby wkrótce przywdziać. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że storyline z jego przeprowadzką bije w Anglii rekordy oglądalności. Również nie dlatego, że załatwienie formalności trwałoby zbyt długo. Odpowiedź jest oczywiście trywialna – Tevez jest w tej chwili niegotowy do gry i byłby tylko osłabieniem dla jednej ze stron. Napastnik Manchesteru City nie powąchał bowiem murawy od września ubiegłego roku, a wszystko to z powodu niesubordynacji, jaką wykazał się względem trenera, Roberto Mancini’ego. Gdyby rzecz miała miejsce w klubie o charakterze prowincjonalnym, zapewne argentyński as wróciłby do łask po ustnej reprymendzie. Wszakże drzemie w nim niesamowity potencjał piłkarski, a także wolicjonalny. O pierwszym niech świadczy tytuł króla strzelców ubiegłego sezonu w Premier League czy blisko 60 występów w reprezentacji Argentyny. Żywym dowodem na obecność drugiego jest zaś estyma, jaką cieszy się w ojczyźnie. Kibice uwielbiają go za nieustępliwość, waleczność i hart ducha. Co więcej, Carlos Tevez miłość tą odwzajemnia w zupełności. Właśnie w meandrach jego psychiki należy upatrywać źródła tarapatów, w jakie popadł w klubie z „Etihad Stadium”. Zaczęło się od niewinnych ukłonów na łamach prasy w stronę najbliższych, do których, jak sam podkreślał, mu tęskno. Z biegiem czasu przekształciły się one w jawną krytykę swojego pracodawcy, który obładowany gwiazdami wcale nie był już od Teveza uzależniony. Punktem kulminacyjnym był występ, a właściwie jego odmowa, w spotkaniu z Bayernem Monachium. Marginalizowany snajper odmówił wejścia na boisko, co naturalnie rozsierdziło jego przełożonego. Mancini zadeklarował, że oczekuje od swojego podopiecznego przeprosin. Tevez nie przeprosił i po dziś dzień nie zagrał. Manchester City bynajmniej na takim obrocie spraw wiele nie stracił; ba, może nawet zyskał. „The Citizens” przewodzą ligowej stawce, a jedyną skazą na ich wizerunku jest 3. miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Pomimo zaistniałej sytuacji, a właściwie głównie za jej sprawą, Carlos Tevez jest jednym z najgorętszych obiektów na transferowym rynku. Najwięcej za zawodnika jest w stanie wyłożyć PSG, gdyż tamtejsi szejkowie zdradzają równie duże skłonności do wydawania pieniędzy, co pionierzy z Manchesteru. Jednak sam zainteresowany kręci nosem na samą myśl, że miałby grać w Ligue 1. Najchętniej wróciłby do ojczyzny, gdzie zostanie przyjęty jak bożyszcze, a ponadto wreszcie będzie blisko rodziny. Jednakże taka ewentualność w ogóle nie wchodzi w grę ze względów finansowych. Stąd też prężne zabiegi delegatur Milanu i Interu, by pochwycić intratny kąsek. „Carlitos” takim rozwiązaniem wydaje się być względnie ukontentowany, toteż walka pomiędzy dwoma mediolańskimi klubami rozgorzała na dobre. A wszystko to w przededniu derbów miasta. Skuteczniejszy jest póki co Adriano Galliani, a więc amministratore delegato „Czerwonoczarnych”, który osiągnął z zawodnikiem wspólny mianownik w kwestiach finansowych i pozostaje mu jedynie porozumieć się z Manchesterem City. Jedynie albo aż. Angielski klub ani myśli przystać na wypożyczenie persona non grata tamtejszego środowiska. Wolą klubu jest, aby pozbyć się Teveza definitywnie już w styczniu, a nie dopiero w czerwcu i to zresztą tylko ewentualnie, jak proponuje Milan. Tutaj pojawia się szansa dla rywala zza miedzy, z którym już w niedzielę Milan skrzyżuje miecze, a więc Interu Mediolan. Massimo Moratti jest podobno gotowy wyłożyć, co prawda również dopiero po zakończeniu sezonu po uprzednim wypożyczeniu gracza, 25 milionów euro. Z tym jednak zastrzeżeniem, że byłby to obowiązek pierwokupu, a nie jedynie przywilej, jak to się ma w przypadku oferty Milanu. Tym samym „The Citizens” pozbyliby się czarnej owcy ze stada de facto już teraz. Analogiczny zabieg został zastosowany przy transferze m.in. Marco Borriello z AC Milan do AS Roma. Taką transakcję można równie dobrze rozumieć jako płatność rozłożoną na raty. Abstrahując od formalności, Anglicy (szejkowie?) zapewne chętniej przystaliby na propozycję „Czarnoniebieskich”, natomiast Tevez – wręcz przeciwnie. Mamy zatem konflikt interesów i trzy prawdopodobne scenariusze jego rozwiązania. Primo, dyplomacja Interu tentuje Argentyńczyka coraz intensywniej, aż w końcu udaje się go przekonać. Secondo, oferta Milanu zostaje dostosowana do oczekiwań kontrahenta. Tertio, żadna ze stron nie przekracza granicy konsensusu i Carlos Tevez wciąż jest skazany na Manchester City, a Manchester City – na Carlosa Teveza. Na pytanie, który z nich jest najbardziej realny, odpowiedź możemy poznać bardzo szybko. Media spekulują, że decyzja strony angielskiej ma zostać podjęta jutro. Mi nasuwa się jednak na myśl inne pytanie. Komu tak naprawdę Tevez jest bardziej potrzebny? Milanowi, który zmuszony jest funkcjonować bez Antonio Cassano do końca sezonu czy Interowi, który musi wykonać skok jakościowy, by włączyć się do walki o scudetto? A może pytanie powinno brzmieć: gdzie Tevez lepiej się odnajdzie? Jednak te rozważania zostawiam na razie głęboko w szufladzie. Wrócę do nich, jak już alternatywne derby Mediolanu zostaną rozstrzygnięte.

22:36, wajcha45
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 stycznia 2012

Końcówka sezonu 2010/11 Premier League była dla króla strzelców minionych rozgrywek, Dimitara Berbatova, paradoksalnie pasmem niepowodzeń i rozczarowań. Przynajmniej indywidualnych, bo oczywiście Manchester United nie zawiódł i sięgnął po ligowy tytuł, co zapewne sprawiło Bułgarowi radość. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że była to radość połowiczna; zwłaszcza w kontekście wydarzeń bieżących.

We wspomnianym zwycięskim dla Manchesteru United sezonie Dimitar Berbatov był postacią kluczową, choć tylko do pewnego momentu. Kiedy w kończącym styczniowe zmagania na boiskach Anglii spotkaniu z Blackpool, Bułgar poderwał kolegów do walki przy stanie 0-2 i za sprawą jego 18. oraz 19. bramki w lidze udało się odwrócić losy meczu, naturalnym wydawało się, że jest on liderem zespołu. Czy komukolwiek przeszło wtedy przez myśl, że można Berbatova posadzić na ławce rezerwowych? Owszem. Tą osobą był Sir Alex Ferguson, alfa i omega manchesterowskiej rzeczywistości piłkarskiej, z którym nikt nie śmiał nawet podjąć otwartej dyskusji nad zasadnością takiego postępowania. Również wtedy, gdy "Red Devils" przegrali swój pierwszy mecz w ówczesnej kampanii (z Wolverhampton), a niedługo potem dwa kolejne (z Chelsea i Liverpoolem). Jaki był w tym udział zmarginalizowania pozycji najlepszego snajpera? Uważam, że zauważalny. Cóż bowiem z tego, że Berbatov pojawiał się na boisku, skoro najczęściej miało to miejsce ok. 70' spotkania. Gwarantował przez to zupełnie inne standardy. Odczuł to zarówno sam zainteresowany, jak i cała drużyna. Szkocki guru nie przywrócił jednak napastnika do łask. Do kwietnia karmił go jedynie epizodami, by później zrezygnować z jego usług definitywnie. O Berbatovie przeciętny kibic miał okazję przypomnieć sobie dopiero w przedostatniej kolejce, gdy wszedł na ostatnie 10 minut z Blackburn.  Nasuwa się zasadnicze pytanie: dlaczego?! Czy w grę wchodziły osobiste porachunki? Praktycznie niemożliwe. Sir Alex Ferguson zna lepsze sposoby na wyrażenie swojego veta względem nieposłusznych podopiecznych, o czym przekonali się chociażby Roy Keane czy Jaap Stam. Czy mogło chodzić o dyspozycję Berbatova? Nie, przecież prezentował się wyśmienicie. Skąd więc ta fergusonowska aberracja? Jedni nazwą to odchyleniem, kaprysem, widzimisię, a drudzy trenerskim nosem, zmysłem, przeczuciem. Pewnym jest natomiast, że Szkot jest jednym z nielicznych menedżerów na świecie mogących sobie bezkarnie pozwolić na takie irracjonalne zachowanie. W końcu to on ustala zasady, a przede wszystkim to on wygrywa. Wszakże po ostatniej kolejce jego było na wierzchu. 

Bieżące rozgrywki Manchester United rozpoczął świetnie, więc nikt nie zwrócił uwagi na brak Berbatova. Symboliczne wizyty byłego napastnika Tottenhamu Hotspur na boisku tylko potęgowały atmosferę beznadziei wokół jego osoby. W obwodzie byli Rooney, Hernandez i Welbeck. Tylko między nimi rozgorzała rywalizacja o dwa miejsca w ataku klubu z Old Trafford. Berbatov mógł co najwyżej powspominać dobre, acz nie tak stare znowu czasy, kiedy to on był w centrum zainteresowania. Zapewne urodził się wtenczas w jego głowie pomysł, by zimą poszukać nowego pracodawcy. Chętnych, by go skaptować nie brakowało. Wystarczyłoby tylko znaleźć wspólny mianownik z Sir Alexem Fergusonem i spakować walizki. Niewykluczone, że Bułgar zagaił nawet swego przełożonego w tej sprawie. Jednak znając metody 70-latka, którego imię nosi jedna z trybun na Old Trafford, odpowiedź antycypować możemy sami. Przyjmijmy zatem, że zrezygnowany Berbatov rozsiadł się wygodnie z opuszczoną przyłbicą na ławce rezerwowych, nie chcąc pogarszać swojej sytuacji. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy w meczu z Fulham na 10 dni przed końcem roku dostał polecenie, by zmienić Danny'ego Welbecka. W końcu ligową murawę ostatnim razem powąchał ponad półtora miesiąca temu. Jego szansa na rehabilitację opiewała na ledwie kwadransie. Spożytkował ją wyśmienicie podwyższając na 0-5 dla United we wprost nieprawdopodobny sposób. Powiecie, że takie gole to co prawda rzadkość, ale już nie raz, nie dwa takowe widzieliśmy - zgoda. Tyle tylko, że takiego luzu, takiej swobody i takiej łatwości przy tego typu strzale nie widziałem nigdy. Zresztą to firmowe zagranie Berbatova. Nie samo uderzenie oczywiście, a towarzyszące mu znaki charakterystyczne zakrawające czasami na wrażenie, że temu piłkarzowi się, mówiąc kolokwialnie, po prostu nie chce. W tym jednak jego siła. Jest w stanie z lekkością wyprawiać z piłką takie rzeczy, jakie inni owszem potrafią powtórzyć, lecz z wielkim trudem. Potwierdzeniem mogą być dwa kolejne występy "Berby", któremu Sir Alex Ferguson zaufał tym razem od pierwszych minut. Nie żałował. Z Wigan zawodnik odwdzięczył mu się hat-trickiem, a z Blackburn dołożył kolejne dwa trafienia. Tym samym Dimitar Berbatov w równo 10 dni zdobył tyle samo bramek, co Javier Hernandez i Danny Welbeck przez ostatnie 3 miesiące razem wzięci. Mało? 

Tak się pechowo złożyło, że okres, gdy do składu wrócił Berbatov, jest najsłabszym w całej kampanii Premier League dla Manchesteru. Podopieczni Sir Alexa Fergusona przegrali dwa kolejne spotkania, co nie zdarzyło im się od 10. miesięcy. Jednak w żaden sposób nie utożsamiałbym tego zjawiska z powrotem do pierwszej jedenastki bohatera niniejszego tekstu. Przede wszystkim dlatego, że problemem w przegranych starciach z Blackburn i Newcastle była głównie gra defensywna zespołu. Ponownie pozwolę, by mówiły liczby. Manchester United w tych dwóch meczach stracił 6 bramek, podczas gdy we wcześniejszych 9. tylko dwie. Świadczy to o fatalnej ostatnio dyspozycji obrońców, czego świadectwo wystawił Phil Jones, pakując piłkę do własnej siatki w kuriozalnych okolicznościach na zakończenie rywalizacji na St. James' Park. Czy ofiarą tejże bessy w defensywie będzie Dimitar Berbatov? Wszystko możliwe. Jednak daleki jestem od ferowania wyroków, czy to pogrąży United w jeszcze większym dołku, czy wręcz przeciwnie. Najprawdopodobniej nie będzie to miało wielkiego wpływu na dalsze losy pretendenta do tytułu. Wszakże Ferguson udowodnił, że każdego piłkarza może w każdej chwili odsunąć, zastąpić innym i wciąż wygrywać. Jednak dla mnie osobiście byłaby to sporego kalibru strata. Po pierwsze dlatego, że Berbatov zasłużył sobie swoją postawą na kolejne występy. Po drugie dlatego, że, z całym szacunkiem dla Hernandeza i Welbecka, jest lepszy od oponentów do miejsca w składzie u boku Wayne'a Rooney'a. I w końcu - po trzecie dlatego, że jest jednym z tych zawodników, dla których zasiada się przed telewizorem.  

17:05, wajcha45
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21